HARMONIA

Włochy to kraj bardzo mi bliski, a z Toskanią czuję szczególną więź. Nie wiem jak to się dzieje, ale nim jeszcze stamtąd wyjadę, to już myślę o powrocie. Ten region jest według mnie wyjątkowo piękny. Słońce, ukształtowanie terenu, kolory, ciągnące się kilometrami słoneczniki i winogrona to urok, którego nigdzie dotąd nie znalazłam. Najważniejsi jednak są dla mnie tamtejsi ludzie. Ich energia, uśmiech, życzliwość i tempo życia, porywa mnie całkowicie. Włosi mają uwielbianą przeze mnie umiejętność bycia tu i teraz. Kiedy spędzam z nimi czas odnoszę wrażenie, jakby każdy ich dzień był błogosławieństwem, najpiękniejszym doświadczeniem, jakie mogą przeżyć. Inspiruję się tą postawą i staram się nią zarazić swoich podopiecznych.

Moje emocje wobec tego kraju mają związek nie tylko z docenianym przeze mnie stylem bycia jego mieszkańców, ale przede wszystkim z historią mojej rodziny. Mój tata mieszkał w tam przez jedenaście lat i szalenie tam „pasował”. Spędziłam tam część dzieciństwa chłonąc tę energię. Wielopokoleniowe obiady teoretycznie były zwykłą obiadokolacją. W rzeczywistości były jednak esencją radości, głośnych rozmów, śmiechu, dźwięku nalewanego wina i … euforii smaków. Zaszczepiono mi ten piękny wzorzec wspólnego posiłku, który kultywuję do dziś. Uwielbiam z rodziną, z przyjaciółmi siadać do stołu, jeść, pić, rozmawiać, dzielić się tym, co dobre i piękne. 

Do tej pory próbowałam zwrócić Twoją uwagę na jakość pożywienia, na mądre wybory, uważne decyzje i systematykę pewnych działań, które bez wątpienia mają zbawienny wpływ na zdrowie i jakość ciała. Jednoczenie bardzo nie chciałabym, żeby odebrały Ci one rozkosz, jaką powinien dawać posiłek. Owszem, są środowiska, które twierdzą, że cywilizacyjnie przywiązujemy zbyt wielką wagę do jedzenia. Sprowadzają je tym samym do poziomu czynności takich jak spanie, oddychanie czy picie wody. Mi ta automatyka i bezduszność kompletnie nie odpowiada. Jem zdrowo i dokonuję świadomych wyborów. Staram się jeść zgodnie z zasadami uważnego jedzenia, o których opowiem Ci w następnym felietonie. Jednocześnie posiłek musi mi sprawiać radość, musi mi smakować, musi mnie cieszyć. Bez tego żadna dieta, żadna droga żywienia nie stanie się naturą, a jedynie okresem przejściowym, w którym ciężko jest wytrwać. 

Nie można żyć w poczuciu zakazów i nakazów. Nie chcę popadać w zbyt emocjonalne tony, że życie jest krótkie, że trzeba brać z niego garściami i że trzeba cieszyć się każdym dniem, ale tak właśnie uważam. Staram się pogodzić drzemiącą we mnie włoską naturę, która każe mi skupić się tylko na przyjemnościach z kontrolą i umiarem. W moim przypadku oznacza to zatem świadomą dietę pełną harmonii. Pisząc o diecie mam oczywiście na myśli sposób odżywiania, który realizuję w sposób ciągły, który jest już dla mnie naturalny i który jest dla mnie źródłem odżywienia.

Jak zatem wygląda to u mnie w praktyce? Uprzedzę pytanie o koncepcję cheat meal, które często przekształca się w cheat day. Absolutnie jej nie pochwalam. Jeśli znasz ten stan to wiesz, że kończy się on puszczeniem wszelkich hamulców, zjedzeniem dwa, czasami trzy razy więcej wszystkiego. Kiedy tylko czas euforii mija, na ogół pojawiają się wyrzuty sumienia, za którymi potrafi iść głodówka lub inne „nerwowe” kroki. Tym właśnie sposobem doprowadzamy nasz organizm, ale też naszą psychikę, do utraty stabilizacji. Gubimy rytm, który jest jednym z kluczowych elementów na drodze do sukcesu. Wg. mnie optymalnym rozwiązaniem jest równowaga. Jeśli nadarza się mi specjalna okazja albo np. wyjątkowy wyjazd to jest to dla mnie moment na czerpanie z tych chwil tyle, ile się da. Nie oznacza to jednak, że następuje żywieniowa anarchia. Owszem odpuszczam, ale staram się to robić z głową, z umiarem. Co to oznacza w moim przypadku? Prowadzę dzienniczek jedzenia. Pilnuję ile jem poszczególnych makroskładników, ile dostawczam kilokalorii, jaki jest w tym udział warzyw i owoców. Jednak, gdy nadarza się ważna okazja, to jest to dla mnie czas na pogodzenie dwóch drzemiących we mnie biegunów. Cieszę się chwilą, smakiem i wybieram to na co mam chęć. No bo jak odmówić sobie, np. boskiej pizzy, która wręcz rozpływała mi się w ustach ? Chętnie jednak dzielę się nią, np. z mężem i zjadamy ją na pół. Oczywiście wszystko popijaliśmy Chianti, ale też dużą ilością wody. Dzięki takiemu podejściu zjadłam piękną kolację, cieszę się bogactwem smaku, ale rozsądek i umiar chroni mnie od wyrzutów sumienia następnego poranka. Mówiąc krótko, kiedy nadarza się okazja, pozwalam sobie na więcej, ale pilnuję, aby sytuacja nie wymknęła mi się spod kontroli.

To, co chciałabym, żeby zostało Ci w głowie na koniec, to najważniejsza zasada mojego podejścia do jedzenia – umiar. Jeśli masz na coś ogromną chęć, to sięgnij po to. Uwzględnij to jednak w swoim bilansie kalorycznym, zastanów się, czy napewno masz na to chęć, czy to tylko chwilowy impuls i wreszcie, czy musisz zjeść całą porcję? Może wystarczy tylko kilka kęsów?

Jeden komentarz

  1. […] czy hiszpańskiego chorizo. Jest to u mnie sytuacja wyjątkowa, okazjonalna, ale wyznaję zasadę harmonii, o której pisałam w poprzednim felietonie. Jednocześnie uważam, że trzeba szukać, próbować […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *