O myślach, które się kleją

Kwi 2, 2022 | Felieton

Oczywiście długo się głowiłam zanim powstał ten jakże ambitny w swojej konstrukcji i złożoności formy tytuł. Miałam wiele intrygujących pomysłów, ale przypomniałam sobie słowa mojego taty: „Im prościej, tym lepiej”. Z resztą coś czuję, że to zdanie będzie się jeszcze przewijać w tym felietonie.

Pamiętam jak byłam w szkole podstawowej i czaiłam się do taty, żeby dać mu do podpisania dzienniczek, w którym zaparkowała kompromitująca mnie pała. Ja prawie od zawsze miałam syndrom prymuski, więc wyobraź sobie jakim ta ocena była dla mnie ciosem. No cios ciosów, jak mawiał niegdyś mój były szef. No i teraz scenka rodzajowa. Tata siedzi w salonie na fotelu. Po jego prawej stronie stoją tak zwane patefony, czyli sprzęt do grania muzyki. Nie, nie że wieża, tylko każdy element osobno. Wzmacniacz, odtwarzacz kaset magnetofonowych (tak, to było naprawdę dawno), na którym stał odtwarzacz płyt CD. Na wyższej półce Revox – szpulowiec na wielkie taśmy, na których zapisane były dziesiątki kilometrów dobrej, różnorodnej, ale naprawdę dobrej muzyki. W ręku tata trzyma wielkie słuchawki nauszne marki Sennheiser. Pamiętam nawet, że były czarne. No wiesz, to było ze dwadzieścia siedem lat temu, kiedy jeszcze nie było AirPods’ów. No więc podchodzę do tego całego obrazka nerwowo ściskając dzienniczek i długopis. „Dobra, szybka kompromitacja i z górki” pomyślałam. Dodając sobie odwagi dorzucam też coś w stylu: „Zastosuj metodę bokserską: doskocz, przypierz, odskocz”. W mojej głowie takiej wojny, jak tamtego dnia dawno świat nie widział. Ilość myśli, które wzbudzały milion bolesnych emocji i niepokoju o „jutro” była naprawdę druzgocąca. Cierpiałam.

Działo się tak nie dlatego, że moi rodzice wymagali, czy oczekiwali ode mnie tego, żebym była doskonała we wszystkim, co zakłada plan nauczania i żebym miała same piątki i szóstki. Absolutnie nie! Wręcz przeciwnie. Mieli do tego zdrowe podejście, dzięki któremu miałam przestrzeń, żeby rozwijać siebie to, co naprawdę moje. Mogłam odkrywać co lubię, w czym czuję się mocna, w czym się widzę, a co jest mi obce. No i tak bardzo szybko okazało się, że język polski, pisanie i każde podobne zajęcie, które pozwalało mi wykorzystywać swoją wrażliwość, bogatą wyobraźnię i względną lekkość wyrażania myśli i składania ich w jakiś powiedzmy sens, to był mój żywioł. Matma, fiza, a nawet gegra – zapomnij. Brak romantyzmu i pola do interpretacji, czy dyskusji był dla mnie nie do przeskoczenia. Dzięki temu jednocześnie już na początku liceum (liceum rzecz jasna humanistyczne) wiedziałam, że chcę studiować dziennikarstwo a swoje życie związać z pisaniem. O rety – face palm – znów popłynęłam w dygresję.

No więc tak: salon, tata w fotelu i ja przepełniona bólem porażki wynikającej z samo narzuconego braku przyzwolenia na złe stopnie podchodzę i mówię: „Tato, muszę Ci o czymś powiedzieć, ale nie wiem jak”. Tata prawie mi przerywa i mówi: „Im prościej, tym lepiej”. Bardzo to ze mną zostało podobnie jak zdanie, które też się z tym łączy i które też usłyszałam od taty, przy co prawda zupełnie innej okazji. „Najtrudniej jest pisać o rzeczach najprostszych.” Co Ty myślisz? Według mnie święta racja. Przymierzając się bowiem do tego felietonu zastanawiałam się, jak banalny temat podać w atrakcyjny sposób. I wiesz co? Wycofałam się. Pokażę banalny temat w banalny sposób. Z tym, że on tylko pozornie wydaje się banalny. To znaczy temat, nie sposób.

Tak naprawdę dotyczy on chyba każdej z nas. Nie znoszę generalizować. Uważam, że jest to bardzo szkodliwe, ale tym razem, czuję się usprawiedliwiona. Nie dość bowiem, że naprawdę dotyczy on każdej z nas, to jeszcze jest przeokrutną toksyną. Potrafi być jak arszenik. Podany w śladowej ilości nie zagraża naszemu zdrowiu ani życiu, ale w nieznacznie większej dawce – jest śmiertelny. Tymczasem wiele z nas tę toksynę podaje sobie subtelnie niczym kroplówkę. Kap. Kap. Kap. Kropla po kropli. Co jakiś czas, pojedynczo, żeby niby nie wszystko na raz. Domyślasz się, o czym mówię? Ta gangrena to nasze myśli.

Myśli potrafią być piękne, budujące, kojące, rozpieszczające, uspakajające. Takim zawsze mówimy „tak” wyciągając plakietkę z maksymalną liczbą punktów niczym kiedyś Beata Tyszkiewicz w „Tańcu z Gwiazdami”. Ale żeby nie było tak kolorowo, bo przecież życie, to nie jest bajka, to mamy też myśli, które są właśnie niczym ten arszenik – niszczą nas absolutnie. Mówię o tych myślach, które są manifestacją naszych lęków, przebytych traum (szczególnie tych nieuświadomionych), niskiego poczucia własnej wartości, braku pewności siebie, braku poczucia własnej sprawczości, pewnego rodzaju braku wolności. Za tymi trudnymi myślami może kryć się wszystko, bo przecież każda z nas jest inna. Ma różną wrażliwość, różne doświadczenia, itd. Tak czy inaczej te myśli mogą mocno upośledzić nasze relacje z samymi sobą i ze światem zewnętrznym, bo na końcu wszystkich rachunków są one bodźcem do jakiegoś działania, to jakieś reakcji. Tą reakcją może być przecież chociażby wycofanie, zaniechanie, itd. Jak się temu przyjrzeć wnikliwiej, to te złe myśli finalnie mogą bardzo skutecznie zaburzyć naszą relację z jedzeniem. Tymczasem myśli to nie fakty. Myśli to nasza interpretacja faktu, a ta kreowana jest przez pryzmat, mówiąc najogólniej, naszych doświadczeń, naszej wrażliwości, oczekiwań, lęków, potrzeb, itd. Na podstawie tej interpretacji faktu pojawia się emocja, która to z kolei zwyczajowo stymuluje nas właśnie do określonej reakcji. No i klops.

Wracając teraz do tej nieszczęsnej pały z sprzed dwudziestu siedmiu lat. Problem bowiem nie polegał na tym, że tata będzie zły o tą pałę. Ona była z matmy, do której ja kompletnie nie miałam smykałki. Ja po prostu mam szereg talentów, ale umiejętność liczenia do dziś nie znajduje się na tej liście. Mimo wszystko zawsze udawało mi się mieć z niej na świadectwie tróję, a czasami nawet czwórę. Możesz sobie jednak wyobrazić ulgę i nieokiełznane szczęście, które przepełniły mnie na wiadomość o tym, że jestem pierwszym rocznikiem, który nie musi zdawać matury z cyferek. Uff. Alleluja i do przodu. Nie zmienia to jednak faktu, że każda, ale to każda jedynka była interpretowana przeze mnie jako porażka, jako dowód mojego wybrakowania, bo inne dzieci kumają, a ja ciągle nie. To nic, że później tym samym kolegom pisałam wypracowania na polaka. Jedynka po prostu nie wpisywała się w mój, przeze mnie wykreowany wizerunek uczennicy dobrej, skrupulatnej, dziewczynki zaradnej, odpowiedzialnej, bystrej i godnej zaufania. Tak, to prawda, w szkole podstawowej byłam nudna jak flaki z olejem i używam czasu przeszłego nie dlatego, że zakładam, że dziś jestem ciekawsza. Zatem, czy teraz rozumiesz, z jakim bólem wiązał się ten stopień w dzienniczku? Jak wiele on o mnie mówił, jak mocno mnie definiował. Z tym, że to była moja interpretacja faktu, która pociągnęła za sobą określone myśli. Te z kolei wzbudziły określone emocje, które przełożyły się na reakcje somatyczne (ściśnięty brzuch, przyspieszony rytm serca, drżący głos). Taki bowiem był przekaz tej jedynki. Tak ja to widziałam i tak ja to interpretowałam.

Tymczasem co zobaczył mój tata, kiedy już wykrztusiłam z siebie tego upokarzającego newsa widniejącego w moim dzienniczku? Pałę. Zobaczył pałę. Nie pierwszą i jak się później potwierdziło – nie ostatnią. I co pomyślał mówiąc jednocześnie (tak u taty to odbywało się często symultanicznie – co w sercu to od razu na języku)? „O, nie poszło ci na kartkówce? Ty nie masz do tego głowy. Spoko utrzymuj się na powierzchni, żeby zdawać, a ciśnij to, co Twoje.” Cytat oczywiście jest plus minus, bo jednak sporo lat minęło, ale przekaz jest dokładnie taki. Oczywiście wiedziałam, że mówi o pisaniu.

To, co próbuję Ci pokazać to to, że ta sama sytuacja, ten sam fakt, został zupełnie inaczej zinterpretowany w zależności od szeregu różnych czynników. Każde z nas, tata i ja, nadaliśmy tej ocenie w dzienniczku zupełnie inne znaczenie w związku z czym wzbudzała ona w nas zupełnie różne emocje, a co za tym idzie nasze reakcje były bardzo różne.

Ta jakże absolutnie za długa anegdota ma na celu pokazanie Ci, że myśli, to naprawdę nie fakty. Pała, to nie świadectwo tego, jakim byłam dzieckiem. To efekt tego, jak napisałam test. Kropka. Cała reszta to interpretacja. No tylko, że w teorii brzmi to super, ale jak wiemy – bywa, że między teorią a praktyką jest gigantyczna przepaść bez żadnej względnie stabilnej kładki. I teraz wkraczam ja – cała na biało. Powiem więcej – bielsze nie będzie. Mam bowiem kilka narzędzi, które mogą być dla Ciebie realnym wsparciem w odklejaniu się od tych rujnujących myśli. Sposoby te poznałam dzięki uwielbianej przeze mnie Kasi Malinowskiej. Kasia jest certyfikowanym coachem i trenerem rozwoju osobistego. Swoją codzienną pracę w mediach społecznościowych koncentruje na wspieraniu kobiet w odzyskiwaniu ich pewności siebie. Treści, jakimi dzieli się Kasia często bardzo ze mną rezonują. Uwielbiam regularnie realizowane przez Kasię instragramowe relacje na żywo, w których przybliża różne książki. Poznałam dzięki niej wiele bardzo dobrych, ważnych dziś dla mnie pozycji. Kasia, jeśli to czytasz – dziękuję Ci cudowna kobieto. Z kolei jeśli nie znasz profilu Kasi, to zaglądaj koniecznie tu pod ten link

Ostatnio Kasia wzięła na tapet książkę, pt. „Wybrakowani, bezwartościowi, wadliwi.” Przedstawia ona metody radzenia sobie z destrukcyjnymi przekonaniami w oparciu o techniki terapii schematów i ACT. To, co chciałabym Ci tu dziś zostawić, to kilka sposobów na ćwiczenie dyfuzji poznawczej. Czym ona dokładnie jest możesz przeczytać, np. na tej stronie. Mam nadzieję, że to źródło jest wiarygodne.

Autorzy wspomnianej książki wymieniają szereg wspierających czynności i możliwości reakcji. Ja jeszcze nie czytałam tej książki, więc podzielę się z Tobą tymi, które poznałam właśnie dzięki Kasi. Bardzo często bowiem robię notatki słuchając podcastów, audiobooków, „jutubów”, czy właśnie relacji live na IG. Najbardziej owocne w ilość zapisanych ręcznie stron są treści, którym dzieli się Magda Mołek, Marta Niedźwiecka, Ola Potykanowicz, Karolina Sobańska, czy właśnie Kasia. Ćwiczenia służące odklejaniu się od swoich myśli, jakie sobie zanotowałam to:

  1. Nadanie imienia umysłowi (imię lub przezwisko inne niż Twoje). Kiedy pojawiają się trudne, autodestrukcyjne myśli zwracaj się do umysłu w następujący sposób: „Cześć (imię), słyszę, że znowu mówisz.” Nadając umysłowi inne imię niż swoje własne przypominasz sobie, że jesteś czymś więcej niż tylko bieżącym strumieniem swoich myśli.
  2. Podziękuj umysłowi. Kiedy pojawiają się myśli o Twojej wadliwości (patrz, jak bardzo byłam wadliwa dwadzieścia siedem lat temu, czego jednoznacznym dowodem była jedynka w dzienniczku), powiedz sobie: „Dziękuję mój umyśle, że podsunąłeś mi taką myśl.”
  3. Planowanie czasu na martwienie. To troszkę taka technika z cyklu: „Pomyślę o tym później”. Czyli nie wypierasz, nie uciekasz od tych myśli, ale umawiasz się ze sobą, że pomyślisz o tym za godzinę, albo jutro.
  4. Porządkowanie myśli w kategorie. To coś wybitnie dla mnie, bo ja, jako rasowa pedantka kocham systemy, przegródki, pudełeczka, itp. A więc myśli, które się pojawiają przydzielamy do określonej kategorii, np. przewidywanie, wątpliwość, ocena, opinia, pytanie, ubolewanie, życzenie, założenie, rozczarowanie, itp. Kategoryzowanie ułatwi Ci zdystansowanie się do tych myśli i da takie wrażenie, że bardziej stajesz się ich obserwatorką niż ofiarą.
  5. Posiadanie doświadczeń, a nie bycie nimi. Ilekroć pojawia się jakaś niepokojąca myśl, od razu przeformułuj tę myśl do: „Mam taką myśl, że…”To właśnie znów przełączy Cię z trybu bycia myślą w tryb zdystansowania się od niej i nie koniecznie utożsamiania się z nią.
  6. Nazywanie myśli, np. ta myśl była pełna złości albo ta myśl była pełna lęku, czy smutku.
  7. Odkładanie myśli na chmurę. Uwielbiam ten pomysł. Wyobraź sobie bowiem, że chmura po niebie płynie. Ona zawsze się przemieszcza w wolniejszym lub szybszym tempie. Myśl odłożona na chmurę przeminie razem z nią, prędzej czy później.

Wyobrażam sobie, że ta książka obfituje w wiele więcej naprawdę ciekawych, wspierających technik. Bardzo, ale to bardzo polecam Ci live’a Kasi Malinowskiej. To taka „kula mocy” dla umysłu i gorący napar z melisy dla serca. Zostawiam Ci link.

Wow, dziewczyno, jeśli nadal tu jesteś, to serio szacun. Okazuje się bowiem, że ja nie tylko jestem gadułą w mowie, ale też w piśmie. Myślę, że śmiało mogę powiedzieć: „Jak zwykle jestem bardzo ciekawa emocji, jakie teraz w sobie obserwujesz. Podziel się nimi proszę w komentarzu.”

2 komentarze

  1. Ewa

    Przepraszam za prywatę, ale wspomnienie o tacie, sprzęcie do muzyki-cudo. Ile z nas przeżywało podobne scenki….ah łezka w oku. Dziękuję za metodę oswajania francy co w głowie nam wszystko niszczy. Ciekawego nigdy za dużo. Dziękuję

    Odpowiedz
  2. Sara

    Jak zwykle czytało się przyjemnie, wszelkie dygresje mile widziane:) Cały artykuł mnie wciągnął do reszty. jak przemyciłaś tyle merytoryki w tak zwiewnym i lekkim felietonie..? Temat szalenie ważny. Myśli potrafią nieźle namieszać, jeśli nie potrafimy sobie z nimi radzić. Dziękuję za ćwiczenia, na pewno wypróbuje, by jeszcze skuteczniej odklejać się od nieproszonych gości 😉

    Odpowiedz

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *