O powrocie do bazy

Mar 26, 2022 | Felieton

Składniki Szczęścia nie są o odchudzaniu. Czas powiedzieć to wprost. Składniki Szczęścia są o wolności bycia autentyczną. O nie zagłuszaniu siebie i swoich potrzeb. Są o odnajdywaniu siebie w sobie. Odnajdywaniu, bo każda z nas ma siebie, tylko prawdopodobnie straciła siebie z oczu.

Oczywiście są sytuacje chorobowe, które w dużej mierze determinują eskalujący brak kontaktu z ciałem i przerażającą bezwładność w tym kiedy i po co sięgamy do jedzenia. Ale uwaga: good news. Odpowiednia diagnoza i celnie dobrane leczenie to bardzo skuteczne wsparcie, które może przerwać ten kołowrotek braku kontroli. Wsparcie dietetyka też bywa cenne, ale na odpowiednim etapie zmiany. Najpierw warto zbudować harmonię w sobie. Troszkę takie, parafrazując, Bieszczady w wielkim mieście. To czas znalezienia odpowiedzi na pytania, których najprawdopodobniej nigdy wcześniej sobie nie zadałaś. I żeby było jasne. Cały proces nie polega na tym, żeby angażować się w reżyserowanie tego, co na zewnątrz. Świat rządzi się swoimi prawami. Składa się z pięknych doświadczeń i cudownych bodźców. Jednocześnie składa się z nieromantycznych obowiązków. Jest piękny i trudny. Epicki i przerażająco zwyczajny. Budujący i rujnujący. Jest taki jak Ty: każdy. Najmniej wygodne w nim jest to, że nie mamy na niego realnego wpływu. Można przejąć względną kontrolę nad jakimś jego skromnym wyrywkiem, ale wierz mi – to jest naprawdę skromny wyrywek. Ot, taka kropla w oceanie.

To dość naturalne, że jedzenie jest naszym narzędziem radzenia sobie w różnych sytuacjach. Od zawsze towarzyszy nam gdy jest fajnie, gdy coś świętujemy, gdy jest nam dobrze. Przypomnij sobie, że rodzice nawet potrafili nas nagradzać wycieczką na lody, kiedy wróciłyśmy z odpowiednią cenzurką końcem czerwca. Paradoksalnie od dziecka w ramach kary kazano nam robić dodatkowe okrążenie na lekcjach w-f. Pomieszanie z poplątaniem. Cukier w nagrodę a ruch za karę. I jak tu kształtować świadome społeczeństwo? Jedzenie towarzyszy nam też wtedy, kiedy jest nam smutno, źle i niewygodnie. Boszszszzs, właśnie zdałam sobie sprawę, że nawet stypy organizujemy w knajpach lub zamawiamy kejtering. Jest z nami zatem cały czas. Kiedy coś się dzieje i kiedy nic się nie dzieje. No wiesz, tak czy siak jeść trzeba. Jednocześnie tak skonstruowany jest świat, że obliguje nas, żeby  nauczyć się z nim współgrać. Ścieżka całkiem pod prąd jest trudna i pytanie, czy serio potrzebna? Wiesz, ja też w dużej mierze płynę z nurtem. Tak, ale. Każdego dnia praktykuję Mindfulness. Spotykam się z wieloma sposobami na spolszczenia tego słowa, ale do niedawna żaden ze mną nie rezonował. Ani uważność ani świadomość. To wszystko oczywiście tak, ale czegoś mi zawsze brakowało. No i przyszło kiedyś określenie, które według mnie pasuje idealnie: pełnia umysłu. Podoba Ci się? Wracając do wątku. Pisząc o mindfulness nie mam zupełnie na myśli dźwięków gongów ani tlącego się palo santo. Kompletnie nie o tym jest moja pełnia umysłu. Ona jest o obecności tu i teraz.

Przykład? Jeśli stoję w kolejce w Biedrze, to stoję w kolejce w Bierze. Nie przepalam się, a przynajmniej bardzo się staram, na to co się wydarzyło lub na to, co za chwilę może się wydarzyć. Nasz mózg tylko pozornie umie się skupić na wielu czynnościach na raz. A przecież dla niego myślenie to też czynność. Opowieści o multitaskingu to kompletna bzdura. Każda czynność, którą podświadomie uznamy za opanowaną zaczynamy wykonywać bez angażowania się w nią robiąc tym samym przestrzeń na tę, której musimy poświęcić więcej uwagi, bo np. jeszcze nie bardzo w nią umiemy. Sięgnij pamięcią wstecz. Czy zgodzisz się ze mną, że kiedy robiłaś coś po raz pierwszy, jakąś czynność fizyczną, to potrafiłaś się nią zmęczyć? Jeśli jesteś kierowcą, to przypomnij sobie, jak pierwsze wyjazdy na miasto bez instruktora były wyczerpujące. Matko miasto takie wielkie. Tyle się dzieje. Wszystko na raz. A dziś? No nie chcę się teraz zdradzać, ale wiemy jak jest. Radio, esemesy i takie tam. Zatem ten milion codziennych spraw, nawet jeśli to jest zbiór naprawdę drobnych rzeczy powoduje, że na koniec dnia czujemy się naprawdę przetyrane. 

A przecież nic takiego nie zrobiłyśmy. Ot pobudka po, jak dobrze pójdzie, pięciu czy sześciu godzinach snu. Śniadanie na jednej nodze, ogarnięcie dziecka i wio do roboty. Po drodze rzecz jasna dziecko do przedszkola. Uff, spóźniona, ale jesteś. Już z górki. Teraz jeszcze zwykła, wyzyskująca orka ponad Twoje siły przez jakieś najbliższe osiem czy dziewięć godzin i fajrant. Wracając, biegusiem, oczywiście spóźniona mkniesz po dziecko. Szkoda, że nie można się teleportować przez korki, co? Z resztą czasami bywa tak pod górkę, że aż dziwne, że w metrze nie ma korków. Jest! Dziecko czeka a panie opiekunki patrzą na Ciebie „tym” wzrokiem. To taka trudna do doprecyzowania mieszanina politowania i wkurwu, bo same chciałyby już iść do domu. No ale dobra, dziecko już na pokładzie samochodu. Wracając zakupy, trzy telefony od szefowej, bo przecież firma się wali, kolacja, kąpiel i usypianie dziecka i … Nie no coś Ty! Jaki odpoczynek? Pralka sama się nie wstawi. Wiesz, jak jest. I tak zrobiła się godzina dwudziesta piąta, a Ty ponieważ chcesz schudnąć, to usiłujesz się zabrać za przygotowanie tych wszystkich dań z diety od dietetyczki lub co gorsza z internetów. No dobra, skracam te męczarnie, bo wyobrażam sobie, jak powoli zaczynasz się nudzić lub co gorsza poczułaś zadyszkę na samą myśl o dniu, jaki właśnie narysowałam.

Spróbuj sobie teraz odpowiedzieć na pytanie: „Dlaczego dieta nie działa?”. Ona po prostu nie ma szans działać w dłuższej perspektywie, a jakimś cudem osiągnięte efekty (pytanie jakim kosztem) są bardzo niestabilne. Łatwo się „zdekoncentrować” i je nadrobić. Dieta wymaga przestrzeni. Niby proste, ale przeczytaj jeszcze raz powyższy akapit. Gdzie tu czas na przestrzeń? Składniki Szczęścia są o osiąganiu wewnętrznej równowagi w świecie tempa, hałasu i nieustających dźwięków. One nie są o locie w kosmos i rzucaniu wszystkiego uciekając w Bieszczady. Podróż, w której towarzyszę mojej pacjentce ma jeden z kilku kluczowych celów – odnalezienie siebie w sobie. Nauka obecności. Nie tej epickiej, z YouTube’a ubranej w piękny obrazek, który rzecz jasna zapowiada się kusząco, ale on się po prostu długo nie wydarzy. Kiedy zadbamy o siebie, tak organicznie o siebie, wówczas przestaniemy potrzebować, np. cokolwiek sobie wynagradzać. Lepiej czujemy siebie, więc przestajemy wrzucać w siebie byle co, byle jak i byle szybko. Staniemy się na tyle stabilnie, że wewnętrzny sztorm wyciszy się bez sterowania rzeczywistością. Składniki Szczęścia nie są o odchudzaniu. Są o budowaniu świadomości siebie. Tej realnej, nieromantycznej, prozaicznej i co najważniejszej, jak bardzo uzdrawiającej. Bo pomyśl sama tak jeszcze rzutem na taśmę: czy czujesz swoje emocje? Potrafisz je nazwać? Nie moja droga, wulgaryzmy się nie liczą. Czy wiesz, co tak naprawdę lubisz? Czy wiesz kim jesteś? Nie nie, ja nie pytam o Twoje role: matki, żony, przyjaciółki, pracownicy w biurze. Ja pytam o to kim TY jesteś? Czy wiesz w czym tak naprawdę Ci wygodnie? Ja na przykład doszłam jakiś czas temu do tego, że moje życie i mój dobrostan są dla mnie zbyt cenne, żeby nosić za „ciasne jeansy”. Od jakiegoś czasu moje ubrania bywają na mnie już tylko za ciasne, nigdy za duże. Wiesz, jakie to uwalniające?

Dbanie o siebie to nie rewolucja. To codzienne tyci zmiany. To subtelne, nie nerwowe robienie przestrzeni na „ja”. Muszę Cię zmartwić. Kosmetyczka, masaż z aromaterapią, kompulsywne zakupy, czy dwutygodniowy a nawet trzytygodniowy urlop raz na… ups chciałam napisać, „raz na ruski rok” ale to jednak w zaistniałych okolicznościach byłoby nie na miejscu. A zatem: urlop od wielkiego dzwona to się nie liczy. To tylko kolejna alternatywa dla Netflixa. To tylko iluzja. To jedynie atrapa tego, czym jest dbanie o swoje potrzeby. Jest istotna, ale tak czy inaczej, to tylko atrapa. To trochę jak w medytacji: Nie chodzi o to, żeby czuć się dobrze, ale o to, żeby dobrze siebie czuć. W tym miejscu stawiam kropkę, bo w przeciwnym razie ten felieton objętościowo zacznie przypominać książkę „Biegnąca z wilkami”, czytałaś? Ja jeszcze nie, ale już czeka załadowana na iPadzie. Reasumując – zmiana relacji z jedzeniem zaczyna się od powrotu do siebie. Powrotu do bazy. Na tym fundamencie dopiero wzmacniany świadomość własnej wartości, pewność siebie i odwagę, siłę bycia autentyczną. Dopiero kiedy to mamy bliżej siebie, wówczas zaglądamy do talerza. Nie odwrotnie.

Co teraz czujesz? Jakie myśli przychodzą Ci do głowy? Zachęcam Cię do napisania w komentarzu.

1 komentarz

  1. Ola

    Bardzo dojrzały przekaz. Pamiętam, jakby to było dziś, jak zaczynałam z Tobą współpracę, która była ukierunkowana na relacje z jedzeniem. Po czym okazało się, że to nie jedzenie jest moim problemem, a właśnie brak bazy takich Bieszczad. Gnałam jak gepard, nie patrząc jak się wyniszczam.
    Dziękuję za przypomnienie jak niezbędnym jest, żeby umieć się zatrzymać i pomyśleć o sobie.

    Odpowiedz

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *