O spuszczaniu ze smyczy

Mar 19, 2022 | Felieton

Dziś będzie troszkę lżej. Przynajmniej tak zakładam, a jak mi pójdzie to zobaczymy. Jeśli jesteś zaskoczona, że siadam do pisania bez jakiegoś ścisłego planu, to wcale Ci się nie dziwię. Paradoksalnie ja też.

Pomysł na ten felieton przyszedł mi, jak zwykle, nagle. Innymi słowy, wzięłam go z głowy, czyli z niczego. Potwierdza się moja obserwacja, że ilekroć planuję sobie prezyzyjnie zaparkowany czas w kalendarzu, np. między jedną a drugą sesją z pacjentką i co gorsza wyznaczam sobie czas pisania odtąd dotąd, to… to dupa. To się po prostu nie wydarza. Nie ma opcji. I nie to, żebym, np. na tyle się rozpraszała czy dawała pochłonąć innym obowiązkom, żeby do tego kompa nie siadać. O nie. Jest znacznie gorzej. Okopuję się szklaną wody i filiżanką kawy, odpalam subtelny jazz’ik, na stopach wygodne kapciochy i uwaga – Bonder będzie pisać. I tak siedzę jak kretynka. Atmosfera jest, kawa jest, kapcie są, tylko wena nie raczyła do tego obrazka dołączyć. I dochodzimy do sedna tej części jak mniemam. Przychodzi mi bowiem na myśl wniosek, który w dodatku kiedy odważę się i spojrzę na niego z szerszej perspektywy, wówczas okazuje się, że ów wniosek jest aktualny nie tylko w kontekście twórczej napinki, ale próby reżyserowania sobą jako takiej. 

Kiedy tak przycupnęłam z tą koncepcją, to uzmysłowiłam sobie jak rzadko pozwalam sobie na działanie czysto intuicyjne. Na takie let it be. I żeby nie było. Ja nie urwałam się z choinki. Też mam obowiązki, jedne lubię bardziej drugie mniej, a trzecie wykonuje bo wykonane być muszą. Robię zakupy w nieromantycznej Biedrze, romansuję z pralką negocjując czy dziś biały czy kolor. Odkurzam, gotuję zupełnie nie fancy obiady, płacę rachunki i stoję w korkach. Ale dzisiejszy poranek pokazał mi szalenie wyraźnie, że kiedy się zatrzymam i pofatyguję, żeby zanurkować tak szczerze w siebie zamiast wykonywać reżyserkę, to doświadczam czegoś pięknego. I teraz wygląda na to, że przechodzimy do tytułowego spuszenia ze smyczy.

Do jogi ciągnie mnie od lat. Jakiś mniej więcej stu dwudziestu. Odkąd pamiętam. No i jak to ja – wszystko precyzyjnie planowałam. A to grupowa joga w City Fit, w którym mam wykupiony abonament. Wówczas joga jest w cenie, więc się kalkuluje. No i co? Psińco. Poszłam raz, drugi, trzeci i nic mi nie zapłonęło. Ba! Nawet się nie zatliło. Dobra, to jak nie z innymi ludźmi to może jakże modnie – onlajn. Akurat dobrze się złożyło, bo popełniłam jakiś felieton dla PortalYogi i w ramach ich wdzięczności dostałam bodajże półroczny dostęp do platformy. Koncepcja doskonała. Serio. Strasznie mi się podobała i dziś jestem prawie pewna… nie niczego nie jestem pewna, ale czuję po prostu, że do PortalYogi wrócę. I nie, ten wątek nie jest w żaden sposób wspieramy przez jej twórców. Po drodze były też praktyki z Magdaleną Janik czy Eli Wierkowską. Lubię obie i ich sposób prowadzenia naprawdę mi odpowiada. Coś jednak się wydarzało, że jak dziś na to patrzę, to bardziej mi to przypominało wspomnianą wcześniej twórczą napinkę. Wszystko się zgadza, naprawdę wszystko klika, tylko ciało jest jakby nieobecne w tym wszystkim. Jakby wcielało się w nie swoją rolę.

Jak to jest, że czasami wszystko co nas otacza tworzy obrazek, który oceniamy na doskonały, albo chociaż odpowiedni, a coś w środku jednak szepcze cichutko: „psst, spróbuj inaczej”. No i spróbowałam. Jakieś dziesięć dni temu po raz pierwszy. Każdy poranek zaczynam od medytacji. Miałam długą przerwę, którą cudownie przerwał Michał Niewęgłowski ze swoją aplikacją INTU. Serio, są to jedne z najlepiej zainwestowanych pieniędzy ostatniego naprawdę długiego czasu tuż obok inwestycji w psychoterapię w nurcie poznawczo-behawioralnym. I tak codziennie, od 21.02.2022 po godzinie siódmej siadam na podusi i spędzam między dziesięć a trzydzieści minut podążając za głosem Michała. Wierz mi, że to poczucie, kiedy siadasz, zamykasz oczy, poddajesz się, mija dosłownie kilka chwil, słyszysz, że „można w swoim tempie, bez pośpiechu otworzyć oczy”, kątem oka zerkasz i okazuje się, że minęło prawie pół godziny – bezcenne. Tak jakościowych medytacji nigdy dotąd nie udało mi się doświadczać. No dobra, ale o co schodzi z tą smyczą, a raczej jej brakiem.

Pewnego ranka poczułam, że mam spięty brzuch. U mnie to norma, bo każde negatywne emocje, stres, parkuję w napięciu brzucha i ramion. Zareagowałam kompletnie bezrefleksyjnie. Dałam się ponieść, tak jak teraz, kiedy w szlafroku, obstawiona pośniadaniowymi talerzami i pustą szklanką kawy siedzę i piszę to, co właśnie czytasz. Wracając – rozłożyłam w gabinecie matę do jogi i po prostu zaczęłam. Sama, bez analizowania czy to jest jakaś asana, czy to się jakoś nazywa, czy to coś robi na ciało czy nie. Pozwoliłam, żeby ciało samo decydowało, czego chce doświadczyć. I zadziała się kolejna magia jak z tą medytacją. Od kilku dni codziennie, przed medytacją, rozwijam matę i robię praktykę jogi. Tak. Jak się okazuje wykorzystuję tu wiele pozycji, których nauczyłam się i z City Fit i od joginów, których „poznałam” dzięki PortalYogi i od Magdy czy Eli. Stworzyła się z tego piękna kilkuminutowa sekwencja, którą jak się okazuje, wykonuję płynnie i powtarzalnie. Nie dlatego, że tak postanowiłam, ale dlatego, że tak dzieje się samo. Dziś nawet nadałam tej sekwencji nazwę – Powitanie Dnia. Chyba taka analogia do Powitania Słońca, bo rzeczywiście jest tu sporo elementów spójnych. Nie twierdzę, że nazwa jest jest jakaś szalenie odkrywcza, czy oryginalna, ale jest moja i intuicyjnie nadana. Podążając za przesłaniem z poprzedniego felietonu: „Czy wszystko musi być po coś?” I tak, zupełnie niechcący tworzy mi się piękna, nowa, prawdziwie moja rutyna poranka. Nie inspirowana nikim, niczym. Nie zaczerpnięta od żadnej mądrej, kreatywnej głowy, która mi imponuje. Po prostu moja. I tak zbliżając się ku końcowi, bo się znów rozpisałam. Zawsze wydawało mi się, że lubię jazz. Generalnie kocham muzykę, chociaż miałam z nią dość burzliwą relację ostatnio, ale to osobny wątek. Słucham wiele gatunków muzyki. Pod tym względem moje ucho jest bardzo pojemne. Ale skąd ten jazz? Nie mam bladego pojęcia. Kiedy dziś siadłam do pisania i w tym całym porannym rozmemłonie (dobrze, że chociaż mam zęby umyte) wpadłam w wir pisania, to nagle wydarzyło się znów coś niesamowitego. „Blues” – pomyślałam. Odpaliłam szybko Spotify i włączyłam pierwszą playlistę, która mi wyskoczyła po wpisaniu nazwy tego gatunku. Jest doskonała. Nawet nie wiedziałam, że tak bardzo gra we mnie blues. Posłuchaj. Może to jest też zaskakująco Twoje? I teraz czas na podsumowanie z jednoczesnymi wyrazami uznania, że dzielnie dotrwałaś do końca:

Myślę sobie, że kiedy opuścimy wyreżyserowane schematy, w których komfortowo się osadziłyśmy i pozwolimy sobie na zerwanie się ze smyczy chociaż w jednej, skromnej przestrzeni, to zadzieje się maga. Dziejemy się prawdziwe my. I żeby była jasność. Ja nie mówię o zarzucaniu tych wszystkich prozaicznych, nieromantycznych i nieepickich czynności, które kwieciście wymieniałam jakieś milion zdań temu. To jest życie i nie na wszystko mamy wpływ. W zasadzie to chyba mamy wpływ na mniej niż nam się wydaje. Mamy jednak wpływ na to, żeby okazać sobie szacunku na tyle, żeby zapytać siebie: „hej kobieto, co teraz chcesz zrobić?”. Ty, nie scenariusz.

4 komentarze

  1. Ewa

    To jest felieton o prawie do poszukiwań, prawie do odrzucenia tego co nas nie porywa i prawie do własnego wyboru . Dziękuję

    Odpowiedz
  2. Nat

    „odpuścić wyrezysowane schematy” ale super określenie! 🙂
    Ostatnio coś mnie wypchalo z rana na ogródek. Intuicyjnie zaczęłam gimnastykę z rana na świeżym powietrzu. Nie codziennie. Czasem tylko stapam sobie gołymi stopami na mokry zimny trawnik popijając ciepła wodę lub herbate. Stawam sobie tak na kilka chwil, czasem dłużej. Po prostu tak ciało chciało. A jak mi po tym doświadczeniu dobrze! I jak tak stoje na tej trawie z bananem na buzi (czasem myślę co o mnie mówią sąsiedzi i uśmiecham się jeszcze bardziej) i po prostu jest mi dobrze być, a wdzięczność rozpiera serce na maksa, jest to nie do opisania doświadczenie. Również doceniam swój poranny rytuał 🙂

    Odpowiedz
    • Ola

      Prawdziwy, szczery, przyjemny. Felieton uświadomił mi jeszcze jedną rzecz. By dojść do takich wniosków, które tu odpisujesz musimy próbować, doświadczać różnych momentów w życiu, żeby odkryć to, co lubimy. Co sprawia, że czujemy się że sobą dobrze. dodając do tego szczyptę spontaniczności możemy żonglować tym co chcemy robić. Bez planu, bez ram czasowych.
      Dziękuję ❤️

      Odpowiedz
  3. Nina

    Witaj,
    przeczytałam wszystkie twoje obecne felietony :). Nie jestem dziennikarką i może moja opinia jest mało wartościowa globalnie 😀 ale i tak się wypowiem :D.
    Uważam, ze to dobre, mądre teksty, lekko napisane ale efektownie i od serca. Napisane z twojej potrzeby podzielenia się tym co siedzi w środku, w sercu, w głowie, co przepracowujesz sobie na co dzień. I nie zgodzę się, że piszesz po nic wielkiego, bo dla siebie piszesz i to jest najważniejsze 😉 a zawodowo, tak jak mówisz już się realizujesz :). Czytanie ich robi fajną robotę, człowiek trochę jakby Cię poznaję i jednocześnie zdaję sobie sprawę, że ma podobne przemyślenia. Moja przyjaciółka ostatnio też mi zadała to samo pytanie – Czy wszystko musi być po coś? – takie prosta a takie mądre, wymowne pytanie. Samo usłyszenie go dało mi takie poczucie wolności, przyzwolenie na luz, braku „przymusu” szukania znaczenia i celu w większości działań, czy decyzji podejmowanych.
    Dzięki i nie przestawaj pisać 🙂 no chyba, że przestanie sprawiać Ci to radość 🙂

    Odpowiedz

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *