PODRÓŻ WGŁĄB SIEBIE. ZNASZ TEN KIERUNEK?

“(…) podróżować jest bosko”. Przywołując słowa piosenki Kory nie mam jednak na myśli zwiedzania świata zewnętrznego, chociaż jest on znaczącą częścią mojej pięknej podróży. W jej konsekwencji uczę się patrzeć na nowo. Uczę się patrzeć i nie tylko widzieć, ale przede wszystkim czuć.

Minęło mnóstwo czasu od ostatniego wpisu na blogu. Niestety częstotliwość i regularność wpisów na Instagramie też pozostawia wiele do życzenia. I know. Wygląda to słabo, ale z drugiej strony myślę sobie, że nic, ale to absolutnie nic nie dzieje się bez głębszego sensu. Jestem przekonana, że wszystko, co nam się przytrafia, prowadzi nas do miejsca, w którym powinniśmy się znaleźć. Jest jednak kilka warunków. Po pierwsze trzeba chcieć słuchać tego, co mówi nam ciało, umysł i serce. Trzeba nauczyć się słuchać ze zrozumieniem. Po trzecie trzeba dać sobie czas. Pośpiech jest bowiem wskazany, ale tylko przy łapaniu pcheł. Tak zaczęła się moja podróż wgłąb siebie.

Podróż, która tak naprawdę dopiero się zaczyna.

Nie twierdzę, że ja mam to wszystko ogarnięte. O nie. Skądże znowu. We mnie już po prostu wzbiera nie tylko potrzeba, bo ta była od początku, ale także powoli siła na to, żeby dzielić zupełnie nową treścią. Wychodzę tym samym z pozycji nauczycielki świadomego odżywiania (chociaż oczywiście zapraszam Cię do współpracy, jeśli czujesz taką potrzebę) i staję przed Tobą w roli podróżniczki. Nie takiej typowej, która zwiedza kraje i zakątki tego świata, ale mówiąc najprościej – wyrusza w podróż wgłąb siebie.

Dlaczego przerywam blogową ciszę właśnie dziś? A no dlatego, że dziś jest dla mnie dzień dość symboliczny. I znów będę się migać od odpowiedzi na pytanie, o co dokładnie chodzi. Brak mi chyba jeszcze odwagi, gotowości, a może pomysłu na to, jak podzielić się tym w sposób, który na końcu wszystkich rachunków będzie budujący. Zatem skoro nie wiem, jak się za to zabrać, to to zostawiam. Tak, to moja ostatnia strategia: NIC NA SIŁĘ. JEŚLI MA PRZYJŚĆ, TO PRZYJDZIE. Tymczasem moją wędrówkę można ująć w cztery przestrzenie.

Self-care, czyli prawdziwa dbałość o siebie.

Wszystko zaczęło się 1.04, tak idealnie w prima aprilis. Intro było początkiem marca, ale to kwiecień plecień nieźle poprzeplatał. Niestety, jak zapewne się domyślasz, temat kręci się wokół zdrowia. Pokornie odrabiam kolejne lekcje, które przychodzą. Jedna za drugą i kolejna. I teraz uwaga, będzie nietypowo i nieinstagramowo. Hello rzeczywistość i prawdziwe emocje. Chwilami bowiem towarzyszą mi niepokój, strach, bezsilność, a nawet zwątpienie. Wtedy, całe na biało wkraczają medytacja, techniki oddechowe i aromaterapia. Odkryłam je, mimo że nigdy wcześniej nie podejrzewałbym siebie o takie praktyki. Tymczasem stały się one częścią mojego porannego rytuału, o którym pisałam. Twardo stąpam po ziemi, a tu taka niespodzianka! Pomagają. Serio. Te techniki to jest absolutne złoto.

Skoro o złocie mowa, to to, co dziś zajmuje mnie jeszcze bardziej niż dotąd, to tak zwana micha. Wierne czytelniczki wiedzą, że od lat mam absolutny focus na odżywianie. Uważam, że niezaprzeczalnym filarem zdrowia jest bowiem wszystko to, co ląduje brzuchu. Dziś moja uwaga jest jeszcze bardziej na tym skupiona. Sprowadza się to do tego, że jeszcze więcej czytam, jeszcze więcej oglądam i znów zatruwam moich blogowych, czy też instagramowych ulubieńców milionem pytań. Internet jest pełen informacji. Dlatego słucham tylko tych głów, które są mądre, doświadczone, a swoje teorie bez mrugnięcia okiem popierają badaniami naukowymi. Na szczęście dziewczyny i chłopaki mają do mnie wręcz świętą cierpliwość.

Czas prawdziwego kontaktu.

Self-care to jednocześnie umacnianie relacji ze sobą, ze swoim ciałem i z moimi emocjami. To jest dopiero podróż wgłąb. Na ile je rozumiem? Na ile je akceptuję? Nad którymi mogę pracować podczas psychoterapii, którą zaczęłam? Na ile są one wynikiem tego, że jestem (prawdopodobnie) niewydajna mentalnie? To dopiero ekscytująca wycieczka. By the way: jeśli nie wiesz, skąd wzięłam określenie niewydajna mentalnie i co ono oznacza, to koniecznie odsyłam Cię do książki „Jak mniej myśleć. Dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych” autorstwa Christel Patitcollin. Wiem, że tytuł brzmi, jak kolejny marny poradnik z cyklu: dziesięć sposobów, na to, żeby cośtam. Nie. Nic bardziej mylnego. To jest serio wartościowa dawka wiedzy.

Oczywiście, aby ciało i serce były szczęśliwe i jest też i taka pielęgnacja, jaka najpewniej kojarzy Ci się ze słowem self-care, czyli pielęgnacja ciała od zewnątrz. Mówiąc krótko – ruch i wszystko to, co ląduje na moim ciele. Możesz się jednak domyślać, że mój minimalizm znajduje także odzwierciedlenie w produktach, których używam. Dążę tym samym do, nazwałabym to capsule set, czyli kompozycji kilku produktów dobranych świadomie, uważnie i stosowanych z sercem. Ahh no i perfumy. To jest moja słabość i to kolejny tor wycieczki 😉

Mindfulness, czyli prostota i siła obecności.

Wspominałam o medytacji i oddechu. Te dwie praktyki mamy najczęściej na myśli mówiąc o mindfulness, nazywanej także uważnością. Mówiąc najogólniej, jest to koncentrowanie uwagi na wewnętrznych i zewnętrznych bodźcach towarzyszących nam w danej chwili. Nie chciałabym się na ten temat mądrzyć. Zamiast tego odsyłam Cię do lektury książek Jona Kabat-Zinna, który jest uznawany na prekursora Mindfulness na zachodzie. Bardzo ciekawą książkę wydał też w tym roku Tomasz Kruszczyński – „Mindfulness znaczy sati. 25 ćwiczeń rozwijających Mindfulness”. Dla mnie mindfulness to nie tylko praktyka, która trwa odtąd dotąd. Jest to integralna część wspominanej przeze mnie podróży wgłąb siebie. To sposób patrzenia, odbierania i bycia. To dążenie do tego, żeby być obecną w danej chwili tak bardzo, jak tylko się da.

Bardzo, ale to bardzo skupiam się na tym, aby wreszcie przestać robić milion rzeczy na raz. Kiedy piszę, to piszę. Gotując chłonę zapach, dźwięk, smak i emocje, jakie mi temu towarzyszą. Kiedy jem, to robię to całą sobą. Dosłownie i w przenośni. Żyję jeszcze bardziej sensorycznie, co oznacza, że jestem jeszcze bardziej wrażliwa na bodźce. Każde bodźce. Jak możesz się domyślić, ma to swoje magiczne zalety, ale też i wady. Chwilami czuję się totalnie przebodźcowana i wtedy zatapiam się w ciszy. Umiem i lubię być w ciszy. Z resztą kiedyś popełniłam wpis, w którym opowiadam o sobie prywatnie. Jednocześnie wraz z uważnością idzie praktyka wdzięczności. Nie zdawałam sobie sprawy, ile codziennego piękna przyjmujemy za oczywistość. A niby z jakiej paki?! Moja podróż wgłąb siebie pokazuje mi wiele zupełnie nowych doznań. I wiesz, znów sprawdza się bagatelizowane powiedzenie, że w prostocie siła.

Cuda nie są nam dawane z przydziału. Doświadczamy ich, bo mają nam one coś pokazać.

Sustainability, czyli zrównoważony rozwój.

I tu kompletnie nie chodzi mi o byle lepszą wersją samej siebie. Nie chodzi o wyścigi na ilość przeczytanych książek i blogów, obejrzanych materiałów na YouTube i odsłuchanych podcastów. Tak, są to oczywiście narzędzia, z których ostatnio korzystam na potęgę. Mój zrównoważony rozwój to poszerzanie horyzontów, które mają przede wszystkim pomóc mi lepiej zrozumieć siebie i dokładniej słyszeć to, czego ja potrzebuję. Inaczej podróż wgłąb samej siebie jest jednak dość powierzchowna. Chodzi o to, żeby wreszcie samej wiedzieć kim jestem, czego chcę, dokąd idę, co jest moje, a co tylko wydaje mi się, że je. Zrównoważony rozwój to mój przewodnik po tym, co jest prawdziwie moje, a co tylko wydawało mi się, że jest.

Joy, czyli radość życia.

Pisałam wielokrotnie o tym, że drzemie we mnie włoska natura. Jedzenie, ludzie, codzienność, małe i wielkie rzeczy – to dla mnie radość życia. Odbieram je szczególnie intensywnie właśnie dzięki uważności.

I tak dobrnęłyśmy do sedna. Oto nowe, nie wiem, czy dojrzalsze, ale napewno bardziej świadome Składniki Szczęścia. Zmienia się wiele. Na pierwszy rzut oka widzisz nową kolorystykę i nowy słonecznik w logo, za którego jestem ogromnie wdzięczna Asi, cudownie dobremu, a jednocześnie nieprawdopodobnie kreatywnemu człowiekowi. Zmienia się energia i intencja. Ten blog nie będzie podręcznikiem „co robić żeby”. O czym będzie? O cudzie, jakim jest pozornie banalna codzienność.

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *