Poranny rytuał, czyli uważny początek dnia.

Pisałam ostatnio, jak wygląda mój rytuał pielęgnacji ciała. Dziś chciałabym pokazać Ci mój poranek. Nasze mózgi skonstruowane są tak, abyśmy miały jak najwięcej nawyków. Mają one oczywiście swoje dobre i złe strony. Jak wszystko na świecie. Staram się weryfikować wszystkie swoje automatyzmy. Jest to część mojego dążenia do pełnej uważności. Z czynności, które oceniam jako wartościowe i budujące tworzę rytuał. Pilnuję go i korzystam z niego bardzo świadomie.

Poranny rytuał realizuję szczególnie uważnie od 1.04.2020. Jest to dla mnie data przełomowa. Myślę, że przyjdzie czas na rozmowę o tym, ale nie teraz. Przechodzę czas odkrywania w sobie zupełnie nowych przestrzeni, które, mimo że mam 37 lat, były mi do tej pory nieznane. To dość abstrakcyjny stan, bo od paru lat wiodę dość uważne życie, ale nie sądziłam, że nowa sytuacja może aż tak rozgrzać mnie od wewnątrz. Niewątpliwie jest to mój czas rozwoju, któremu, jak zapowiadałam na instagramowym profilu, chcę poświęcić osoby wpis.

Budujący poranek

Trudno jest jednoznacznie ocenić, jaka pora dnia jest najważniejsza z punku widzenia higieny emocji. Sztuka uważności pomaga zrozumieć, że najważniejsza jest każda chwila. Nie mniej jednak uważam, że to, co dzieje się w Tobie zaraz po przebudzeniu ma kluczowe znaczenie na to, jak będziesz prowadzić emocje przez kolejne godziny. Dietetycy jednogłośnie twierdzą, że śniadanie, to kluczowy posiłek dnia. Absolutnie się z nimi zgadzam. Podchodzę jednak to tematu szerzej. Mój poranny rytuał jest moim śniadaniem. Ono buduje moje myślenie, czucie i ciało. Psychicznie i fizycznie przygotowuje mnie do tego, co ma mnie dziś spotkać.

Otwieram oko dość wcześnie rano. Na ogół są to okolice 6:00. Leżę i daję sobie czas na to, żeby nacieszyć się ciszą. Tak potrafi minąć nawet z pół godziny. Później tulę się do śpiącego obok męża. Uwielbiam, kiedy zaspana czuję jego ciepło. To jest też chwila na kilka odżywczych oddechów. Dzięki zasłonom w sypialni jest bardzo ciemno. Niestety ranek to pora dnia, kiedy moja głowa jest najbardziej płodna w pomysły. Nie chcę puścić żadnego żadnego z nich, więc chwytam telefon i zapisuję każdy temat, hasło i zdanie. Czasami robią się z tego całe akapity. Pisanie i kreacja jest dla mnie szalenie ważna. Spełniam się w nich, więc łamię doskonale mi znaną zasadę, że zaczynanie dnia od telefonu, to bardzo zły pomysł. Dla mnie jednak pozwolenie moim myślom odejść jest dla mnie znacznie większą karą.

Medytacja

Kiedy uporządkuję myśli myję zęby, czeszę włosy, spinam je gumką i wracam do wciąż ciemnej sypialni. Zbliża się 7:45. Siadam na kapie rzuconej poprzedniego wieczora niechlujnie na podłogę. Często, nie zawsze, zakładam słuchawki. Pozwalają mi one bardziej odciąć się od świata. Raz po raz odpalam też palo santo. Zależy od tego, co podpowiada mi intuicja. Znikam na minimum 10 minut w medytacji z Magdą albo z aplikacją Calm, do której przekonałam się dzięki Pauli Jagodzińskiej. Medytacja to bardzo skuteczne narzędzie do wprowadzenia się w stan stabilnego spokoju i otwartości na późniejsze zmienne, które przynosi dzień.

Dlaczego w słuchawkach? To normalne, że nasz mózg jest w ciągłym ruchu. On nieustannie myśli, planuje, analizuje. Kiedy tracę uwagę na oddechu nie oceniam się za to. Jedynie to akceptuję i koncentruję na tym, aby do niego powrócić. Uczę się tego właśnie od Magdy i z książki Agnieszki Maciąg „Słowa mocy”. Swoją drogą jest to lektura, która ostatnio totalnie mnie pochłonęła. Przerabiam ją wręcz niczym zeszyt pracy. Czytam, zaznaczam, notuję i wykorzystuję wolne miejsce na swoje chwilami bardzo długie przemyślenia. Wracając do medytacji – jest to jest magia, która jest mi dziś bardzo pomocna. Wiem, że kiedy moje życie się uspokoi, to medytacja zostanie ze mną w ramach troskliwego „śniadania”.

Agnieszka Maciąg „Słowa Mocy. Sztuka tworzenia szczęśliwego życia”.
Czas w kuchni

Po skończonej medytacji przychodzi czas na kuchnię. Pudrowy kubek, który pewnie znasz z mojego instagrama wypełnia się wodą. Dla mnie woda to życie. Piję jej bardzo dużo. Nie dlatego, że mądre głowy tak każą, ale dlatego, że czuję się dzięki niej odżywiona, oczyszczona i napędzona do życia. Składamy się z wody i to jej potrzebujemy do jak kwiat. Niełapczywie, łyk po łyku wypijam cały kubek szykując jednocześnie śniadanie dla ukochanego męża i moją „owsiankę na dobre życie”. Tak ją nazywam po pierwsze dlatego, że wg. mnie płatki owsiane to jeden z najlepszych superfoods, jakie mamy pod nosem. Przetestowałam milion marek, ale na szczęście znalazłam swoje ulubione. Po drugie, ma ona w sobie energię, która powoduje, że po zjedzonej miseczce wiem, że wszystko będzie dobrze.

Owsianka na dobre życie

Przepis jest banalnie prosty. Wystarczy wsypać do rondelka ok 50 gramów płatków, łyżeczkę erytrytolu, łyżeczkę cynamonu i zalać wrzątkiem. Leję sporo wody, bo płatki dużo jej wchłaniają, a ja nie lubię, kiedy owsianka przypomina budyń. Poza tym kocham, po prostu kocham, kiedy owsianka jest gorąca. Zatem kiedy zacznie bulgotać odmierzam trzy minuty mieszając i dolewając gorącej wody, żeby konsystencja była właściwa. Po trzech minutach pachnąca cynamonem i kusząca karmelowym kolorem masa ląduje w miseczce. Zostaje przykryta garścią borówki i pokrojonym dość drobno bananem. Po zjedzeniu takiej miski, mój brzuch jest pełny i szczęśliwy, moje ciało zaopiekowane, a zmysły totalnie rozpieszczone. Jak możesz się domyślić śniadanie zjadam powoli i w skupieniu ciesząc się każdą gorącą i słodką łyżką. Uważne jedzenie, to magia. Podopieczne, z którymi pracuję przyznają mi rację, że ta technika zmienia jakość życia.

Skoro zjadłam owsiankę to znaczy, że jest mniej więcej 8:45. Swoją drogą to zastanawiające, że nie nastawiam budzika, nie pilnuję histerycznie czasu, a i tak wszystko się u mnie dzieje plus minus o tej samej porze. Zaraz po śniadaniu ogarniam kuchnię, bo jestem pedantką i porządek mnie szczerze cieszy. Mój pudrowy kubek ponownie napełnia się wodą, żeby popić suplementację. To mój kolejny poranny rytuał. Jej lista jest bardzo krótka. Przede wszystkim przyjmuję witaminę D i kwas foliowy. Do tego dochodzą dwie kapsułki z olejem z wiesiołka. Na koniec łyżka tranu, który dziś jest bardzo niedoceniany, a szkoda. Lista jego właściwości jest podobnie długa jak oleju z wiesiołka. Nie stosuję nic więcej, bo regularne badania krwi pokazują, że nic więcej nie potrzebuję. Wszystko udaje mi się zaspokoić dzięki odpowiedniej diecie i higienie życia.

Czas na pracę

Później już przychodzi tylko czas na kąpiel, pielęgnację ciała, perfumy, a później na pracę. Siadam w swojej pracowni, czyli przy biureczku z Antonim, lampką i widokiem na świat. W pierwszej kolejności odpisuję na wiadomości od obserwatorek na Instagramie i na maile. Później nadrabiam Stories moich faworytek. Wchodzę w rytm pracy pewna, że zrobiłam wszystko, co pomoże mi przejść przez dzień spokojna. Taki poranny rytuał powoduje, że stawiam czoła niespodziankom minimalizując męczenie moich emocji. Wierz mi, że troska o nie jest tak samo ważna, jak troska o swoją dietę.

Moja pracownia

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *