Sobotnie śniadanie

Mar 12, 2022 | Felieton

Moja tata był dziennikarzem. Tak, to on pokazał mi jak piękny jest świat kiedy patrzysz, słuchasz, czujesz a później ubierasz to w zdania dobierając słowa mniej lub bardziej trafnie oddające sens tego, co tak naprawdę chcesz przekazać. Od miesięcy zastanawiam się, kim jestem bardziej. Psychodietetyczką czy felietonistką. No bo tak: po jednej stronie od kilku lat pomagam kobietom zrozumieć i zmienić ich relacje z jedzeniem (szczegóły znajdziesz tutaj). Myślę, że jestem w tym dobra. Dziewczyny naprawdę przechodzą piękne transformacje. Po drugiej jednak stronie wciąż mam w sobie to coś, co trudno opisać. Przychodzi mi do głowy porównanie do wewnętrznego dziecka. Jest to jakiś kawałek mnie, który wiernie stoi u mojego boku, a ja wciąż go ignoruję. Wciąż na coś czekam, wciąż jest coś ważniejszego. Najgorsze myśli, które mnie powstrzymują, żeby przestać pisać tylko do prywatnego dziennika, to przekonanie, że to, co publikuję powinno nieść za sobą coś wartościowego, coś mądrego, coś dać kobiecie (lub mężczyźnie), która to przeczyta.

I wiesz co? Minione dwa tygodnie wykorzystałam na to, żeby zakwestionować swoje przekonanie. Moja psychoterapeutka ostatnio zadała mi bardzo proste pytanie, które paradoksalnie nie dość, że szalenie ze mną rezonuje, to jeszcze okazuje się, że kiedy poświęcam temu pytaniu uwagę, to moje wnioski zmieniają moje podejście. Podejście do absolutnie wszystkiego. „Czy wszystko musi być po coś?” – zapytała w ostatni poniedziałek. „Czy wszystko musi mieć swoje racjonalne wytłumaczenie? Czy nie wystarcza, że Pani tak chce, tak wybrała?” Tak, z Panią Pauliną zwracamy się do siebie formalnie. Na początku nie wiedziałam, czemu to ma służyć, ale dziś dochodzę do wniosku, że też tak wolę. Wracając do wątku. Boszszsz, ja to jednak jestem mistrzynią dygresji.

Kiedy wybuchła wojna w Ukrainie mocno wycofałam się z internetowego świata. Świadomie odpuściłam, żeby nie narażać się na te wszystkie cudze, nie moje, emocje. Nie chodzi o to, że losy Ukrainy są i obojętne. Absolutnie nie! Przeżywam to szalenie, ale jednocześnie wiem, że mam dziś bardzo ograniczone zasoby i muszę mądrze dysponować swoją siłą psychiczną. Troszkę w myśl samolotowych zasad bezpieczeństwa – najpierw zakładam maskę tlenową sobie, a później dziecku. Jeśli bowiem ja się uduszę, to i tak nikogo nie będę w stanie wesprzeć, a tym bardziej wstać, podejść i pomóc. A przecież ja na co dzień mam pod swoimi skrzydłami kilkanaście kobiet, z którymi niemalże dzień w dzień się spotykam, rozmawiam i wspólnie układamy jej życiowe klocki. Ten czas socialmediowego wycofania szalenie dużo mi dał. Wyobraź sobie, że te pytania mojej terapeutki zaczęły we mnie wręcz puchnąć, rosnąć jak ciasto drożdżowe pod przykryciem bawełnianą ściereczką. Jak taka domowa chałeczka. Puszysta, pachnąca, kojąca, jeszcze ciepła z delikatnie chrupiącą słodką kruszonką. Taką, którą rano, w ulubionych kapciach, masz chęć rwać rękami, wytytłać subtelnie w prawdziwym maśle i po prostu zjeść angażując absolutnie wszystkie zmyły w to, co właśnie teraz, tu i teraz czujesz.

To wspomniane na początku coś, co porównałam do wewnętrznego dziecka to natura felietonistki, pisarki. To trudne do opowiedzenia, bo mimo że nie robię absolutnie żadnej kariery z tym związanej, to i tak, to jest maksymalnie moje. Tylko dlaczego czułam się zobowiązana do tego, żeby wybrać? Skrywam w sobie obie te natury i to jest przecież ok. Kawa nie wyklucza herbaty. Z resztą możliwe, że gdyby nie moja dziennikarska wrażliwość, to nie potrafiłabym rozmawiać z moimi pacjentkami tak, jak to robię. Może gdyby nie to, że przez pięć lat studiowałam dziennikarstwo prasowe zdobywając dyplom magistra, nie potrafiłabym tak patrzeć, czuć, myśleć. Tego nie wiem, ale wykluczyć nie mogę.

Ten tekst zaczęłam od przywołania mojego taty. Świętej pamięci niestety. Odszedł osiemnaście lat temu zostawiając we mnie pustkę, której nie tyle, że nie umiem, ale w pewnym sensie nie chcę niczym wypełniać. Tata w jednym ze swoich felietonów napisał, że „(…) człowiek, kiedy sobie ostro pobiega łatwiej chwyta proporcje ważności spraw.” Zgadzam się z tym abolutnie ale pod warunkiem, że mogę spojrzeć na to ze znacznie szerszej perspektywy. Według mnie w tym zdaniu, w tej deklaracji nie chodzi bowiem o ruch jako taki. Stolem, tak mojego tatę nazywali włosi, bo wypowiedzenie imienia Zdzisław było dla nich nie do przeskoczenia, był siatkarzem. Dopiero po zakończonej karierze sportowej zajął się dziennikarstwem. Ot takie drugie życie zawodowe. Tak tak, owszem, powieliłam schemat. Tak czy siak, tata był sportowcem. On po prostu kochał ruch i to nie tylko siatkówkę. Świetnie też grał w tenisa, jeździł na nartach, czasami nawet wrzucił piłkę do kosza. Sport, ruch, kontakt ze swoim ciałem, bo nie była tylko jego pasja, to nie był tylko jego zawód, pomimo że dwukrotnie wystąpił na olimpiadzie. To był on. Mogę sobie jedynie wyobrazić, że była to jego osobista formuła bycia ze sobą. I teraz do czego piję? A gdyby na zdanie: „(…) człowiek, kiedy sobie ostro pobiega łatwiej chwyta proporcje ważności spraw” spojrzeć inaczej. Gdyby zakwestionować jego dosłowność? Może wówczas brzmiałoby ono tak:

„Człowiek, kiedy złapie prawdziwy kontakt ze sobą i tak naprawdę zbliży się do siebie, łatwiej chwyta proporcje ważności spraw”.

Niby brzmi inaczej, a jednak… dla mnie znaczy dokładnie to samo. Wspomniane dwa tygodnie wycofania się z instagramowego życia coś mi dały i coś mi zabrały. Zabrały, jak się jednak okazuje, tylko pozornie. To jest bowiem wręcz fascynujące widzieć, że wystarczy dosłowiene kilka dni, żeby ilość osób, które Cię obserwują, zaczęła spadać. Tym sposobem, te dwa tygodnie „kosztowały mnie” pięćdziesiąt osób mniej. I co? No i właśnie nic. Trudno. A co zyskałam? Nieocenioną przestrzeń do bycia jeszcze bardziej ze sobą. Nie żeby to było jakieś strasznie epickie, szlachetne bycie, które manifestowało się tym, że robiłam wiele mądrych, czemuś służacych rzeczy. Nie. Ja po prostu sobie byłam. Tak se. Bo przecież: czy wszystko koniecznie musi mieć swój powód? Czy nie można czegoś robić, bo po prostu tak się chce? Czy wszystko trzeba potrafić zracjonalizować? Wymieniłam pięćdziesiąt osób na złapanie proporcji ważności spraw. Ot co.

W pierwszym opublikowanym felietonie, który nosił oczywiście przewrotny tytuł: „Od czegoś trzeba zacząć„, napisałam między innymi tak: „Często wizualizowałam sobie siebie niczym Carrie Bradshaw z „Sex w Wielkim Mieście”, Erica Barry w filmie „Lepiej późno niż później”, czy w końcu Frances Mayes ukazana w moim kochanym filmie „Pod słońcem Toskanii”.” Przestaję się napinać, że to, co piszę koniecznie musi nieść ze sobą jakąś nie wiadomo jaką głębię, wartość, mądrość. Po prostu odważam się robić tak, jak chcę, jak potrzebuję. I wiesz, co? Pięćdziesiąt obserwatorek w zamian za to, co teraz czuję to jest nic w zamian z wenę, taką wolność, jak tego sobotniego ranka, kiedy o 10:00 rano siedzę jeszcze pidżamie i stawiam ostatnie litery. Kropka.

Kochana, gratuluję Ci, że znów dojechałaś do końca tekstu. Zuch dziewczyna. Jeśli pojawiła się jakaś myśl, emocja, cokolwiek, podziel się nią w komentarzu. Jestem bardzo ciekawa.

11 komentarzy

  1. Betty

    Pięknie piszesz, to się po prostu pochłania. Tez mam często w sobie taki trochę bunt / sprzeciw na myślenie ze „wszystko musi być po cos” czasem nie musi. Czasem po prostu tak jest.

    Odpowiedz
    • Daria

      Bardzo przyjemna i lekka lektura. No i szczera a takie treści zawsze czyta się dobrze. No i kradnę pytanie „Czy wszystko zawsze musi być po coś ” bo ostatnio we wszystkim szukam sensu i potwierdzenia słuszności dokonywanych wyborów a czasem robi się cos bo po prostu ma się na to ochotę:)

      Odpowiedz
      • Sara

        Jak wspaniale się czytało kolejny felieton.
        No właśnie.. „czy wszystko zawsze musi być po coś?”
        Z taką refleksją zostawiasz swoich czytelników, wartą przemyśleń.
        Dziękuję <3

        Odpowiedz
        • Ewa Bonder

          Sara, na zdrowie kochana

          Odpowiedz
      • Ewa Bonder

        Daria, nic nie kradniesz. Ja się dzielę i wierz mi, że wystarczy dla wszystkich. Na zdrowie

        Odpowiedz
    • Ewa Bonder

      Dziękuję. Strasznie ciepło mi się robi, kiedy czytam Wasze komentarze, w których doceniacie sposób, w jaki piszę. To dla mnie naprawdę ważne.

      Odpowiedz
  2. Ewa

    Felieton piękny, bo przede wszystkim uczciwy. Napisany z potrzeby serca . Chyba zawsze coś jest po coś, tylko nie zawsze to coś rozumiemy i widzimy. Może trzeba mieć zaufanie? Tata byłby z Ciebie dumny – i to jest to ” po coś” w tym przypadku. (tak myślę)

    Odpowiedz
    • Ewa Bonder

      Ewa, dziękuję. Myślę sobie, że uczciwość nas samych wobec siebie to w tak zwanych dzisiejszych czasach trudna sztuka. Z drugiej strony przecież nikt nie deklarował nam, że życie będzie szło jak po maśle. Walka o siebie, o szczerość wobec siebie, uczciwość wobec siebie to najcenniejsza walka jaką według mnie tak naprawdę przychodzi nam stoczyć.

      Odpowiedz
  3. Kasia

    Pieknie napisane ♥️ W sumie nie wszystko musi być po coś… święta prawda 🧘‍♀️🧘‍♀️🧘‍♀️ chyba właśnie nie robiąc wszystkiego „po coś” nabieramy tego dystansu i wolności do bycia sobą ✌️

    Odpowiedz
    • Ewa Bonder

      Kasiu, bardzo Ci dziękuję przede wszystkim za to, że zostawiłaś ślad, że byłaś, przeczytałaś i coś w Tobie zostało. Wolność bycia sobą to niby taki luksus, a tak naprawdę każda z nas to w sobie. Każda, tylko mamy to na ogół bardzo głęboko skirtane.„Wol­ność polega na akcep­to­wa­niu sie­bie, na pogo­dze­niu się ze swoją nie­do­sko­na­ło­ścią i zre­zy­gno­wa­niu z dąże­nia do per­fek­cji.” To fragment z książki Eger, Edith. „Dar. 12 lekcji, dzięki którym odmienisz swoje życie.” To jest kierunek, w którym coraz stabilniej poruszają się Składniki Szczęścia.

      Odpowiedz
  4. @alexandrynka

    Kochana przeczytałam twój felieton w ogromnym skupieniu , piękny tekst dziękuje Ci za niego, bo dobre słowo pisane jest dla mnie jak bukiet pięknych kwiatów doceniam kazdy pączek – cytat , wspomnienie o twoim tacie.
    Co do odnajdywania w sobie przyczyn zachowań to jeśli one pchają nas ku rozwojowi czemuś nowemu to co – why not? 😉
    Odnajdywanie „wewnętrznego” dziecka w sobie jest potrzebne chyba już w pewnym wieku , jakoś tak prywatnie wracam do pasji które zbudowały tego człowieka jakim jestem. A traumy wokół tez nie mamy na nie wpływu ale osoby wrażliwe częściej jak wcześniej musza zakładać na dłużej „różowe okulary „ nie po to by siebie okłamywać ale nie zbierać do siebie tych negatywnych myśli. Pozdrawiam serduszko zostawiam <3

    Odpowiedz

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *