Tam, gdzie zaczyna się mój self-care

Self-care tłumaczymy jako dbałość o siebie. Na wspaniałym, instagramowym profilu „Praktyka dobra” przeczytałam, że: „Self-care to sztuka dbania o siebie, to odnalezienie spokoju i uważności w czynnościach poświęconych sobie, to pozwolenie sobie na pokochanie samego siebie”. Jak dla mnie – w punkt. Zwrot ten przypomina tym samym duży wór, do którego możemy włożyć bardzo wiele różnych działań i idei. W poprzednim wpisie pisałam już bardzo ogólnie czym dla mnie jest self-care. Jest to jeden z przewodnich tematów mojego bloga, dlatego też będę kolejno dzieliła się tym jak praktykuję self-care w swoim codziennym życiu. Dziś opowiem o tym, gdzie ma on swój początek?

To się najpierw czuje, a później robi

Self-care jest dla mnie przede wszystkim stanem umysłu. Czytając mojego bloga lub obserwując profil, który prowadzę na instagramie można dość łatwo zauważyć, że staram się żyć uważnie. To nie jest żadna filozofia. To raczej wynik doświadczeń i coraz lepszego kontaktu ze sobą. Praktykowanie uważności jest efektem szczerego przekonania, że kiedy patrzymy za bardzo za siebie lub za mocno chcemy zaplanować to co będzie, tracimy coś bardzo cennego. Tracimy „teraz”. Absolutnie nie chciałabym, aby następne zdania zabrzmiały złowieszczo, ale… Skąd w nas takie przekonanie, że to „teraz” jest nam dane z przydziału? Dlaczego nie szanujemy go tak, jak czegoś bardzo cennego. Obserwuję, że wiele osób z mojego otoczenia żyje tak, jakby codzienność, proste radości, zwyczajność była czymś nie dość, że niewystarczającym, to jeszcze im się ona po prostu należy.

Bogactwo

A gdyby tak popatrzeć na wszystko z perspektywy daru? Czegoś, co otrzymujemy, bo jesteśmy wyjątkowi? To troszkę tak, jak z przedmiotami. Czy zauważyłaś, że generalizując rzecz jasna, z większą łatwością przychodzi nam dbać o przedmioty, za które zapłaciłyśmy niż o te, które dostałyśmy za darmo? Ba! Często jak kupujemy coś drogiego, to później długo w ogóle z tego nie korzystamy, bo nam szkoda. Ja wyzbyłam się takiego podejścia. Nie mam już perfum, jeansów, czy butów na specjalne okazje. Ja mam specjalną okazję nawet idąc do pobliskiego warzywniaka. 

Do czego prowadzę? Ehh te moje dygresje. Prowadzę do tego, że mój self-care, moja dbałość o siebie, o swoje zdrowie i ciało zaczyna się od emocji. Stąd właśnie określenie, że self-care to według mnie stan umysłu. Moja pielęgnacja siebie zaczyna się od tego, jak odbieram skórą i sercem to kogo mam obok, co mnie otacza i co mi się przytrafia. Jestem na takim pięknym etapie swojego życia, w którym mogę po prostu cieszyć się każdą pierdołą. To niesamowite. Wystarczy tylko poświęcić czemuś uwagę i skupić nie jak na czymś, co jest oczywiste, ale na czymś, co jest wyjątkowe. Wtedy okazuje się, że jesteśmy nieprzyzwoicie bogate.

Wiara

Zatem mój self-care zaczyna się od uważności i prowadzi, uwaga będzie kontrowersyjnie, do wiary. Nie mam jednak kompletnie na myśli religijności. W te tematy nie zamierzam się w ogóle zagłębiać. W co zatem wierze? Otóż porzuciłam analizowanie, rozkminianie i kalkulowanie na rzecz głosu, który mam w sobie. To jest piękne w praktykowaniu uważności, bo ona bliża Ciebie do siebie samej. Tak, wiem, że to brzmi troszkę zagmatwanie. Słowem – daję się prowadzić intuicji i piękne jest to, że całkiem nieźle się z nią dogaduję. Od kilku miesięcy zwracam się do niej regularnie i jak dotąd była wybitnym doradcą.

Rodzina

Skoro już o emocjach mowa, to drugim ważnym elementem dbałości o siebie jest miłość. Jest moja rodzina. Wiem, że zabrzmi to teraz serio banalnie, ale nic na to nie poradzę. Uwaga. Rodzina jest dla mnie naprawdę najwyższą wartością. Jest przede wszystkim źródłem mojej siły. To dzięki najbliższej rodzinie miałam power, żeby zmierzyć się z trudnościami, jakie stanęły mi na drodze. To przyjaciele dają mi wiarę w to, że wszystko jest możliwe. Ich proste gesty, słowa, czasami ich milczenie, ich obecność i bezinteresowna troska to największy skarb, jaki można posiadać. Jestem cholerną szczęściarą.

Czyste dobro

Od rodziny, jakże płynnie, przechodzę do kolejnego, totalnie wyświechtanego, wyeksploatowanego słowa jakim jest „dobro”, albo może nieco lżej – „życzliwość”. Dla mnie to znów słowo worek, do którego wkładam empatię, wrażliwość i codzienne gesty. Co to ma wspólnego z pielęgnacją siebie? Otóż ma mnóstwo. Człowiek składa się z energii. Po prostu ją wydziela podobnie jak zapach. To za jej sprawą czujemy się w czyimś otoczeniu dobrze lub nie. To ona sprawia, że do kogoś lgniemy, a kogoś innego unikamy. Często nie umiemy logicznie wyjaśnić dlaczego ktoś nam nie leży. Pewnie nie raz słyszałaś o energetycznych wampirach… Wracając do życzliwości. Jestem przekonana o tym, że dzieląc się tak zwanymi good vibes dzielisz się czymś, co kogoś karmi, odżywia, wspiera, albo po prostu chociażby daje uśmiech. Nie od dziś wiadomo, że szczery śmiech jest wspaniałym terapeutą. On budzi we mniej spokój.

Klamra

Dopiero teraz zaczyna się to, z czym dużo łatwiej jest nas skojarzyć dbałość, czy też pielęgnację siebie. Dopiero teraz przychodzi czas na gesty, praktyki i rytuały związane także z tym co cielesne. Odżywianie, aktywność, pasje i zrównoważony rozwój. Według mnie wszystko zaczyna się od jakości patrzenia. Dopiero później przychodzi czas działania.

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *